mea culpa

Apropo mis, o których pisałam ostatnio i o spotkaniu z kobietami, które podziwiam, muszę się szczerze przyznać przed sobą oraz Wami – moją niemą publicznością, że kurwa przesadzałam jak zwykle i zrobiłam z igły widły. W zasadzie jest mi nawet trochę głupio, że posądziłam osoby, które kocham o to, że wplątały mnie w jakąś żenującą farsę, a całe spotkanie było mega luzackie! Mogłam powiedzieć, że pałam platoniczną miłością do Kaśki Nosowskiej i o nieznanej mi z imienia i nazwiska
(które przygotowałam sobie na tamto spotkanie na zmiętej karteczce, ale już ich nie pamiętam, więc nie jest to do końca prawda)
sympatycznej Hindusce, która robi śmieszne obrazki, dotyczące życia codziennego kobiet i różnych dziwnych myśli, co się w nie wkręcamy, zwykle pod wpływem szeroko pojętej opinii publicznej.
W zasadzie to spotkanie wiele rzeczy mi uświadomiło, na przykład to, że kiedy się zaczęłam zastanawiać nad tym jakie kobiety mnie inspirują miałam pustkę w głowie. Od razu przyszło mi do głowy pokaźne gremium chłopów, którzy są znani z wielkich odkryć i – wyobrażacie sobie? – ani jednej kobity w głowie. Trochę jest to przykre, zważywszy, że się sama urodziłam z cyckami i łechtaczką. No i było mi wstyd strasznie. Pewnie dlatego nie napisałam o tym od razu, tylko musiałam podumać nad tym, co zostało tam powiedziane i ile fajnych nas, babek jest na tym świecie. Pomyślcie o tym kiedyś, jeżeli traficie na ten post.

Misy kryształowe natomiast okazały się totalnym strzałem w dziesiątkę. Byłam potem na nich kilka razy i naprawdę zrobiło mi to DOBRZE. Dźwięki, które wychodzą z waszej głowy po to, żeby zaraz do niej wrócić i to wspaniałe uczucie odrętwienia, kiedy się człowiek może zanurzyć na tą godzinę we własnych myślach to coś, co powinien przeżyć każdy, gdyż jest to plasterek na wszystkie rany, tylko troszeczkę gorszy niż wtedy, kiedy możecie zanurzyć rękę w puchatej sierści kota. Ale porównywalnie.

Podsumowując, poprzedni post mógłby nigdy nie powstać, ale powstał, więc musiałam sobie dzisiaj przypomnieć, żeby się wyprowadzić z błędu, że czasem warto spróbować czegoś nowego, żeby odkryć, że nie jest to wcale straszne ani stresujące, a po prostu – normalne.

nowe życie, czyli właściwie co?

Okej kurwa, myślałam, że nigdy się tu już nie zaloguję, bo oczywiście zapomniałam połowy passów. Ale udało się, jestem.

Jakiś czas temu razem z mężem udaliśmy się do dietetyka, żeby rozpocząć swoje nowe piękne życie pełne energii, słońca i motywacji. Już na wstępie, jak się oczywiście spodziewaliśmy, okazało się, że złocisty napój wyskokowy, którym tak chętnie orzeźwialiśmy się w upalne dni jest kategorycznie zakazany, a to co jemy na co dzień, choć pozornie może wydawać się „nawet zdrowe” tak naprawdę postarzyło nasze organizmy o trzy lata biologiczne i nabawiliśmy się nadwagi, która jedną nogą przekracza próg otyłości. Jak się można domyślić przeżyłam niewielkie załamanie w zderzeniu z brutalną rzeczywistością, ale come on, mam lustro w domu, więc ostatecznie nihil novi, Panie Dieto.

Pan Dieta potrzebuje dwóch tygodni na zmontowanie jadłospisów dla nas, a przy okazji zlecił nam przeprowadzenie kompleksowych badań krwi, a że nie badałam się już od jakichś stu lat, gdyż na ogół nic mi nie dolega (ostatnie prawdziwe przeziębienie, nie licząc tego, które podkoloryzowałam na potrzeby uzyskania lquatro, odbyłam jakieś sześć lat temu) wolne chwile spędzam między innymi na rozmyślaniu, czy nie mam przypadkiem jakiejś strasznej choroby, co by ją można było wyleczyć dawno temu, gdyby nie moja fobia przed dzwonieniem do obcych ludzi. Zebrałam się jednak w końcu na odwagę i umówiłam się na teleporadę, na którą dzwoniłam potem równe 152 razy, zanim lekarz w końcu odebrał telefon. Złoty grall w postaci skierowania przekazała mi sympatyczna pani pielęgniarka w kolorowej maseczce 20 minut po tym, jak – zgodnie z instrukcją – zapukałam do zamkniętych na cztery spusty drzwi przychodni. Tymczasem nawet nieźle wychodzi mi z niewielkimi odstępstwami (pożegnalnymi) życie w trzeźwości i konsekwentnie spożywam dzień w dzień ponad dwa litry wody, co powoduje nad wyraz częste wycieczki do toalety, innymi słowy tak częste, iż jestem przekonana, że kobita co siedzi w pracy vis-à-vis drzwi do kibla musi myśleć, że cierpię na ciężki przypadek chronicznej sraczki. Trochę inaczej ma się sprawa z regularnymi posiłkami, ponieważ po tym, jak się dowiedziałam, że większość rzeczy, które spożywam należy wyjebać z wielkim hukiem z mojego jadłospisu trochę boję się jeść cokolwiek, ale ponieważ zgodnie z zaleceniami Pana Diety mamy jeść to, co to tej pory, byle regularnie i bez podjadania, oceniam swoją systematyczność na czwórkę z plusem.

Co do powyższego, ciąg dalszy nastąpi, ale ja w zasadzie dzisiaj nawet nie o tym miałam.

Los chciał, bym zapoznała całe już wieki temu przyjaciółki, które w swoim dorosłym życiu postanowiły ukłonić się metafizycznej stronie życia i wkręcić w rozmaite ruchy zajmujące się medytacją czakr i graniem na misach (ładnie by tu brzmiało tybetańskich ale nie wiem skąd pochodzą), postanowiłam pójść za ciosem i przekraczając odważnie strefę swojego komfortu nieśmiało poprosić jedną z nich, by mnie ze sobą zabrała na taką medytację, bo ją sobie niezmiernie chwali, a ja po ostatnich podróżach w meandrach mojego życia potrzebuje bardzo wyciszenia. Pech chciał, że dwie jeszcze z moich ukochanych kobiet odbywają urlop w moim rodzinnym mieście i doszły do wniosku, że spotkamy się na tych misach wszystkie razem. No i fajnie. Ja to sobie wyobrażałam tak, że spotkamy się gdzieś w mieście na szklankę wody (L O L), a potem w miejscu docelowym ułożymy się wygodnie na twardej podłodze i doświadczymy medytacji czakr i grania na misach, po czym zawiniemy się do domów i opowiem Cześkowi, że coś takiego jeszcze mi się nigdy nie przytrafiło oraz że od teraz regularnie będę odwiedzać to miejsce. Otóż, nic bardziej mylnego.

Okazuje się, że jedna z moich przyjaciółek podjęła się tworzenia pewnego projektu w ramach którego kolekcjonuje wiedzę dotyczącą kobiet, które ją i inne znane jej kobiety inspirują/wzbudzają podziw/dodają motywacji i wszystkie pochodne. Pomysł fajny i szanuje wszystkie takie inicjatywy, o ile… no właśnie. O ile nie muszę w nich uczestniczyć. Tym razem jednak mam za zadanie się zastanowić kto inspiruje mnie, a to już nie jest wcale proste, bo jednak zdecydowanie częściej moje myśli oscylują wokół tematów takich jak: gdzie wziąć najkorzystniej kredyt hipoteczny; czy decydować się w tym roku na dziecko, skoro marzy mi się pójście do przodu z karierą zawodową, a jeżeli tak to czy dam radę to ze sobą połączyć (pamiętajmy, że dzieci do lekarza umawiają rodzice – muszą też dzwonić do mnóstwa innych miejsc); jaką szafę wstawić do pokoju, żebyśmy się wreszcie pomieścili na 40 metrach kwadratowych dopóki nie wybudujemy domu i inne. Lol. NIE WIEM KTO MNIE INSPIRUJE. A Maria Skłodowska-Curie jest chyba zbyt oklepana no nie?

Poza tym okazało się, że całe spotkanie łącznie z tymi „mini warsztatami” (aż mam ciarki) przeniosło się do tego metafizycznego miejsca, gdzie ma się odbyć medytacja i oprócz rozmowy o kobietach, mamy tam pić herbatę i „bawić się kartami” (cokolwiek to znaczy i czy ktoś ułoży dla mnie tarota????). Nieuchronnie, jak mniemam, w całym tym naszym spotkaniu będzie uczestniczyć również właścicielka tego przybytku, która następnie nam zagra na tych misach. A więc nie idziemy do żadnej knajpy tylko cały wieczór spędzamy wśród kadzideł i filozoficznego pierdolenia. A ja chciałam po prostu spotkać się z przyjaciółkami i delikatnie wejść w próbowanie nowych rzeczy. W efekcie, spotkanie ma się odbyć za niewiele ponad godzinę, a ja zamiast czuć ekscytację z powodu przekraczania własnych granic, siedzę na kanapie, piszę ten post i boli mnie brzuch z nerwów, bo wciąż nie wymyśliłam JAKĄ KOBIETĘ PODZIWIAM.

just kill me

to jest tytuł tego posta

Dzisiaj krótko, bo mam kaca. Chciałam się jedynie podzielić taką refleksją, że kocham brzydką pogodę w długi weekend. Można bez żenady zostać w domu, w polarowej bluzie i długich skarpetach, i grzać się gorącą herbatą malinową z miodem, i grać w grę (gdyby kurwa serwery były dostępne ale nie są due to maintance), no i oczywiście oglądać głupie programy w TLC. Gdyby mój kitku nie był aspołeczny, dopisałabym do tej listy, że można użyć kota jako termofora. No ale on nie przepada za siedzeniem na kolanach swoich ludzkich niewolników, także nic z tego.

nowej pracy stare początki

Wczoraj byłam zachwycona, a skoro nie było na co ponarzekać, jak to statystyczny Polak, odpuściłam sobie relacjonowanie swojego podniecenia, no bo kurwa, kto by chciał czytać, że komuś się wreszcie poszczęściło w życiu.

Oszołomiona nowym, osobistym pokojem, po tym jak uwolniłam się ze swojej korporacyjnej klitki wydzielonej starannie dla przeciętnego pracownika co do nanomilimetra kwadratowego, tak by się upewnić, że na pewno w niewielkim budynku zmieszczą się setki osób, poniedziałek przeżyłam niczym sen na jawie, oczywiście nie bez obaw, że dzisiaj ktoś mi powie, że ten pokój dla mnie to jednak żart. Ani się nie orobiłam, ani nawet trochę nie stresowałam. Bezpodstawnie obawiałam się, że uczucie krindżu będzie mi towarzyszyć pierwszego dnia w nowym miejscu. Pani, która mnie oprowadzała, okazała się bardzo miła i z tego miejsca pragnę ją pozdrowić. Ja też stanęłam zresztą na podium swojego dorosłego życia i bez głupich speszonych heheszków wkroczyłam odważnie w nowy miesiąc, wystrojona niczym szczur na otwarcie kanału. Większość dnia zleciała mi na obserwowaniu, jak informatyk podłącza mi w moim nowym pięknym miejscu komputer, zapewnia mi dostęp do najważniejszych firmowych aplikacji i ustawia nowe hasła. Niczym królowie życia żartowaliśmy sobie, a ja życzyłam sobie w myślach, żeby delegacja trwała jak najdłużej.

No i kurwa przyszedł wtorek. Pragnę teraz poświęcić chwilę na dygresję na temat wtorku, ponieważ uważam, że krzywdząco poniedziałek jest dniem tygodnia, na który wszyscy wylewają pomyje.

Wtorek to niestety moi drodzy naczelny skurwiel całego tygodnia. W poniedziałek człowiek wraca do pracy po dwóch bonusowych dniach wolnego i chociaż wydaje mu się, że pójście do pracy zwiastuje koniec świata, to jednak mimo wszystko jakieś resztki poweekendowego odpoczynku trzymają go przy życiu. Zawsze też można sobie pomyśleć, że ten nowy tydzień może nie będzie tak przejebany jak poprzedni i uśmiechnąć się do siebie w lustrze. Środa to dzień powszechnie lubiany i jeśli w jakieś pracy powiedzonko „środa minie tydzień zginie” nie jest praktykowane, to polecam zacząć używać tego zaklęcia, bo naprawdę dobrze działa na psychikę. Czwartek to jedynie ukłon w stronę weekendu, a piątek zasadniczo jest przejebany tylko od trzynastej, kiedy myślisz tylko o tym, żeby wrócić do domu zamiast się skupić na pracy.
Wtorek to natomiast skurwiel nie z tej ziemi. Zdążyłeś się już zmęczyć po poniedziałku i dobrze wiesz, że kurwa, wcale nie będzie lepiej, bo machina już ruszyła i zajebali cię robotą, a do weekendu wciąż prawie cały tydzień. W dodatku jest to dzień, podczas którego zagina się czasoprzestrzeń i godzina w pracy trwa trzy godziny, a kiedy wracasz do domu nagle czas zaczyna zapierdalać i budzisz się z ręką w nocniku o dwudziestej drugiej, niewykąpany i bez chęci do życia. Zastanówcie się nad tym.

No ale wracając do dzisiejszego wtorku. Wciąż jestem nowa i jeszcze dzisiaj rano nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że firma zyskała nowego niewolnika, w dalszym ciągu zmotywowanego i gotowego do pracy, ponieważ dostał ładny pokój i pani, która go powitała w pracy była miła, uśmiechała się i powiedziała, że wszystko będzie dobrze oraz że szef bardzo się cieszy, że przyszedł ktoś do pomocy i generalnie jestem kurwa zbawieniem dla całego tego kurwidołka. Błądziłam wciąż w tym śnie na jawie czując się jak gwiazda rock&rolla i czułam prawdziwy wiatr we włosach (mam też swoje okno, które mogę otworzyć, kiedy chcę!), a nie powiew zgrzybiałej klimatyzacji.
Wtedy wybiła godzina jedenasta i zadania zaczęły mnie zalewać niczym wodospad ścieków. Pani zrobi to, pani zrobi tamto, najlepiej na dzisiaj, na teraz, na już. Myślę sobie, okej. Zajmuje się tym już od dłuższego czasu, dział jest inny, ale przecież praca z grubsza ta sama. Nie musiało minąć dużo czasu, żebym się zorientowała, że zostałam przykryta kupką papierów, którą można porównać do prawdziwego, śmierdzącego gówna. Niestety pomaganie to niekoniecznie uczestniczenie w typowych dla danej firmy działaniach, ale zwykle, jak się o tym miałam okazję przekonać dzisiaj i będę się przekonywać codziennie przez cały miesiąc, zajmowanie się rzeczami, do których nikt się dotąd nie chciał dotknąć w myśl zasady – nie tykaj gówna, bo śmierdzi. Ja jednak nie mam wyjścia i muszę w dodatku ukręcać z niego trwałe i funkcjonalne baty.

Czy jest mi smutno? Czy jest mi żal? Chciałabym mieć wyjebane, ale pierwszy tydzień w nowym miejscu to nie czas na słodką wyjebkę, tylko prawdziwy obóz pracy, żeby się nauczyli, że robisz dobrze, że jesteś solidny i inne tego typu sranie w banie. Potem, kiedy już wyrobisz sobie odpowiednią opinię, wystarczy zrobić poważną minę, ciężko westchnąć, że ten problem wymaga głębszego przemyślenia i potrzebujesz więcej czasu. Twój szef nie uwierzy, że to ściema po to, żebyś mógł uskutecznić więcej przerw na obczajenie na instagramie idealnego życia twoich przyjaciół, ale pomyśli sobie – kurcze, musi coś w tym być, przecież ta dziewczyna jest zajebista, a w jej żyłach zamiast krwi krąży nieodparta chęć do pracy.

No i tak się żyje na tej wsi kochani. Muszę wymyślić w co się na jutro ubrać, powstrzymać się od wpierdolenia na noc kebaba na odstresowanie i jak bóg da (bo dzisiaj – nie zapominajmy – wtorek) to może sobie poczytam jakąś książkę albo obejrzę serial…

Oczywiście żartowałam, zabrałam sobie kurwa robotę do domu, żeby mi się przypadkiem nie nudziło, pa.

stara nowa praca

Jeżeli się pracuje w takim miejscu, w jakim pracuje ja – trzeba być przygotowanym absolutnie na wszystko. Oczywiście kiedyś się tym bardzo przejmowałam, a każda zmiana była nieskończonym źródłem niepokoju, ale ostatecznie zadecydowałam, że o wiele przyjemniej jest mieć na to po prostu wyjebane.

I tak, w mijającym tygodniu, pewnego pięknego słonecznego dnia składającego się na okres naszej złotej polskiej jesieni, dziesięć minut przez zakończeniem pracy, zostałam poproszona o spisanie na kolanie krótkiego oświadczenia, iż wyrażam zgodę na oddelegowanie mnie na najbliższy miesiąc do innego oddziału naszej wspaniałej korporacji, celem pomocy strapionym współpracownikom w wyrobieniu targetu na koniec roku. Pomyślicie sobie, no kurwa hit. No to wyobraźcie sobie, że dostałam również polecenie poinformowania swojej koleżanki z pokoju o tożsamej procedurze względem jej osoby, przy czym tak się akurat złożyło, że ona w tym samym czasie popijała drinka, spoglądając na fale oceanu na jakiejś oddalonej o tysiące kilometrów egzotycznej plaży. Oczywiście, jak się pewnie domyślacie, oniemiała z zachwytu, kiedy po powrocie do hotelu odczytała moje wiadomości.

Zgodnie z zasadą wyjebania, której próbuję się trzymać rękami i nogami, postanowiłam spędzić długi weekend na popijaniu wina z Czesławem i oglądaniu głupich programów o teoriach spiskowych (które u w i e l b i a m). Może by się to wszystko udało, gdyby nie fakt, że teoria wyjebania nie zawsze się sprawdza, szczególnie u osób, u których adaptacja w nowym miejscu pracy przypomina żenujący spacer bez majtek przez środek miasta.

Poniedziałek zapowiada się naprawdę zajebiście.

wyprzedażowe zapalenie mózgu

Jak się bawić to się bawić.
Najprawdopodobniej będę tego żałować, wpierdalając pod koniec miesiąca chleb z musztardą.

Jako, że nikt mi za to nie płaci, nie podzielę się z wami nazwą popularnej firmy oferującej kosmetyki koreańskie (tym bardziej, że zdecydowałam się na nie z polecenia), ale wylegując się w dzisiejszy sobotni wieczór w wannie, odurzona aromatem świec zapachowych, postanowiłam bez żalu wyjebać prawie dwieście złotych na maseczki i kremy. Y O L O.

W gratisie, którego nie przewidziałam, pragnę się z wami ponadto podzielić moim nagłym bólem dupy, spowodowanym pewnym ciekawym odkryciem. Otóż, kiedy w międzyczasie, jak prawdziwa zaangażowana w tworzenie swojego miejsca w internecie influencerka, przełączałam bez wyraźnego celu kanały w telewizji, natknęłam się na program opierający się na tym, że nieznana mi z imienia i nazwiska, czy pseudonimu dziewczyna, nagrywa swoją grę w The Sims 4 i jak podejrzewam dostaje za to pieniądze. Podsumowując, ktoś jej płaci za to, co ja robię za darmo. Czasem nawet przez cały dzień. Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

marzenia o nowym odkurzaczu

Niespiesznym krokiem nadeszła sobota, mój trzeci już z kolei dzień wolny. Muszę się Wam przyznać, że mieszkanie wymaga pilnego sprzątania. Jeszcze wczoraj, kiedy wróciliśmy wieczorem z Cześkiem z wyprawy grobingowej byłam w stanie udawać, że nie widzę kociego żwirku rozsypanego na podłodze w kuchni i kłębków sierści rolujących się na kanapie, ale dzisiaj to już nie to samo.

Samo sprzątanie nie jest jednak wydarzeniem dla mnie wyjątkowo tragicznym. Jestem leniwą kluchą, ale w równym stopniu nienawidzę syfu, więc kiedy w końcu nadchodzi magiczny weekend niewidzialna siła spycha mnie z kanapy, abym mogła w spokoju ducha pozapierdalać na szmacie. Tak się składa, że w naszym domu zajmuje się tym tylko ja, bo Czesiek to nie ma pojęcia o sprzątaniu, więc chce uniknąć sytuacji, w których będę musiała po nim poprawiać, bo chyba wszyscy wiemy jakie to jest WKURWIAJĄCE.

Na czterdziestu metrach kwadratowych wcale nie jest wbrew pozorom łatwo o utrzymanie porządku. Miejsca jest mało, więc jak coś pierdolniesz tam, gdzie nie powinno leżeć to od razu rzuca się to w oczy. Kiedy się do tego dorzuci długowłosego kitku ubarwionego w trzech czwartych na biało, mówię wam kurwa, jest naprawdę wesoło.

Rodzice bardzo dużo mi pomogli z przeprowadzką i urządzaniem mieszkania. Jak na standardy regionu, który zamieszkuje, zarabiam nawet nie najgorzej, więc umówiliśmy się, że oni wyposażą mieszkanie na poziomie podstawowym, jak najmniejszym kosztem, a ja już potem pójdę swoją drogą. Tym sposobem odziedziczyłam po nich odkurzacz, który czekał na mnie odkąd jakieś siedem lat temu kupili sobie nowy.

Jak ja tego skurwiela nienawidzę. Słuchajcie, jak sobie pomyślę, że muszę tego ciężkiego, czerwonego grata wyciągnąć z kartonu ukrytego na dnie szafy pod kurtkami zimowymi, od razu mi gorzej. Już na poziomie samego otwierania szafy powstaje niebezpieczeństwo, że podczas siłowania się z potworem spadnie mi na łeb z wieszaka jakaś kurtka, albo co gorsze rura, która nie mieści się do kartonu i niepewnie oparta o tylną ścianę szafy przewróci się i wypadnie z szafy powodując huk, który prowokuje Cześka do wrzaśnięcia z drugiego pokoju CO SIĘ STAŁO?! (jak wtedy kiedy na wakacjach pod prysznicem spadnie ci do brodzika żel pod prysznic i za sekundę rodzice stoją pod drzwiami zadając to właśnie pytanie) . Nic kurwa, żyję. Kiedy już wyciągnę czerwonego skurwiela z niemałym trudem, rozpoczyna się procedura odplątywania kabla, na którym złośliwe skrzaty domowe wiążą supły, kiedy przez tydzień wegetuje w szafie. Zanim podepnę grata do prądu zazwyczaj około dwóch razy się przewraca do góry nogami jak żółw na skutek napotkania jakiejś przeszkody, chociażby w postaci wspomnianego wcześniej kabla. Okej, odkurzamy.

Odkąd pojawił się w mojej rodzinie kot, zaoszczędzone w pocie czoła środki pieniężne regularnie były pożytkowane na zakup coraz to nowych, innowacyjnych końcówek do odkurzacza, które tym razem już na pewno miały się uporać z kocią sierścią panoszącą się po całym mieszkaniu. Problem polega na tym, że czerwony skurwiel jest chyba w moim wieku (a może i starszy, przeliczcie sobie orientacyjnie na podstawie zakładki pierepałka), więc wymienione końcówki ni chuja nie pasowały do rury, którą ów grat posiada. W efekcie inwestowano w nowe rury i rureczki, z których należało tworzyć misterne konstrukcje, aby nareszcie końcówka trzymała się chociaż trochę. I trochę się trzyma. A trochę nie, więc albo muszę zapierdalać po całym dywanie mikroskopijną końcówką do odkurzania tapicerki, która jako jedyna pasuje jak ulał albo pogodzić się z tym, że idealna końcówka zbierająca sierść co pięć minut spada z rury, a ja się muszę pochylić i wsadzić ją z powrotem przy akompaniamencie anielskich odgłosów wydawanych przez czerwonego potwora.

Po zakończonym odkurzaniu, zaraz po tym, jak otrę kroplę potu spływającą po moim czole koszulką do sprzątania, należy skurwiela schować do szafy. Tu wszystko zależy od tego jak bardzo już jestem wkurwiona, bo jeśli bardzo to opadam na świeżo odkurzoną kanapę, na której już zdążył rozłożyć się kitku i właśnie przewraca się na drugi bok i po prostu mówię „Czesiek, proszę schowaj odkurzacz do szafy”, a on mi wtedy na to zwykle „Boże Pierepałko, czemu ty nigdy nie chcesz chować tego odkurzacza?”. Ano dlatego moi mili, że zazwyczaj nie chce wpakować się do pudła w akceptowanej pozycji, ponieważ wiecznie blokuje go jakaś końcówka schowana na dnie kartonu, która postanowiła się przesunąć/osunąć podczas wkładania go do pudła. Podczas całej tej procedury o moją głowę ocierają się kurtki zimowe wiszące na wieszakach. Zostaje jeszcze rura, w przypadku której należy wypróbować jakieś dziesięć konfiguracji ustawienia, żeby się w miarę ustabilizowała i nie spadła nikomu na stopę, kiedy otworzy szafę (uwierzcie mi to strasznie boli).

Po wszystkim zamykam szafę i idę do lodówki po piwo. Do zobaczenia za tydzień, stary gracie.

Od razu mi lepiej.

Kurwa, ten wpis ma ponad siedemset wyrazów.
Naprawdę potrzebuję nowego odkurzacza.

Create your website at WordPress.com
Rozpocznij